| Czy warto teraz kupować fundusze akcji? |
|
|
Ostatnio w światku zawodowych inwestorów i zwykłych ciułaczy rozgorzała gorąca dyskusja na temat przełomu w funduszach inwestycyjnych. Przez niemal dwa lata Polacy wypłacali z nich pieniądze i przenosili do banków. Od kilku miesięcy jest odwrotnie - saldo wpłat i umorzeń. Ostatnio portal finansowy Money.pl zwrócił uwagę na to, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy do funduszy wpłynęło o 1,35 mld zł więcej pieniędzy, niż wyniosły umorzenia. To dopiero pierwsza kropla w morzu potrzeb, bo w szczycie hossy w funduszach było prawie 150 mld zł, a dziś jest raptem 82 mld zł. Ale z miesiąca na miesiąc kupujący fundusze osiągają coraz większą przewagę. W maju saldo wpłat i umorzeń wyniosło plus 130 mln zł, w czerwcu - 520 mln zł, a w lipcu - 630 mln zł. Sierpień pod tym względem będzie prawdopodobnie jeszcze lepszy. A jeszcze pół roku temu Polacy mówili o funduszach, że to diabelskie nasienie...
Można się dziwić, że kupujący fundusze obudzili się dopiero teraz, kiedy WIG20 jest już po kilku dobrych miesiącach wzrostów, a ceny akcji odbiły się od dna średnio o 60 proc. Ale dokładnie to przepowiadali w rozmowach ze mną przed kilkoma miesiącami szefowie TFI, choćby Zbigniew Jagiełło z TFI Pioneer, czy Krzysztof Stupnicki z TFI AIG. Mówili, że potrzeba co najmniej pół roku wzrostów, by Polacy przełamali strach przed spadkami i zaczęli wracać do funduszy. Tylko czy warto wracać? W moich rozmowach z inwestorami bardzo często pojawia się opinia, że tzw. leszcze (czyli drobni inwestorzy-amatorzy) zawsze kupują na górce. A skoro teraz drobni ciułacze zaczynają powrót do funduszy, to nieomylny znak, że czeka nas koniec wzrostów. Po drugiej stronie są opnie zarządzających funduszami, którzy mówią (no bo co niby mają mówić?), że mimo bardzo dużych wzrostów cen dziś moment do inwestycji w fundusz akcji jest równie dobry, jak wczesną wiosną. Co prawda do zainkasowania są już mniejsze zyski, ale niższe jest też ryzyko, bo przynajmniej wiadomo, że bessa jest skończona. Kto zainwestował w fundusz wiosną wygrał, ale ryzykował znacznie więcej, bo dno nie było jeszcze „ubite”.
A co radzimy inwestorom, którzy pytają mnie czy warto dziś inwestować w fundusze akcji? Cóż, czekamy na solidną, spadkową korektę. Brakuje do niej jeszcze jednej fali euforii i może właśnie przed nią stoimy. Ale później powinno nastąpić załamanie dobrego trendu. Po pierwsze dlatego, że mamy przed sobą mocną strefę oporu (2300-2600 pkt. dla indeksu WIG20. Po drugie dlatego, że rynek zbyt długo rośnie bez przerwy. Po trzecie dlatego, że 60-procentowe odbicie od dna było nieco na kredyt. Dane z gospodarek nie uzasadniają aż tak dużego wzrostu wyceny akcji. Wyniki spółek giełdowych - obecne i te prognozowane też go nie uzasadniają. Po czwarte czeka nas jeszcze jedna odsłona kryzysu, wynikająca ze wzrostu wartości nie spłaconych kredytów w Europie Zachodniej. Po piąte wreszcie przemawiają mi do wyobraźni wnioski z ostatniej analizy giełdowego eksperta Wojciecha Białka, który na podstawie historycznej analizy prognozuje mini-załamanie indeksów jeszcze we wrześniu. Czy to wszystko oznacza, że teraz nie jest dobry moment do inwestycji w fundusze akcji? Jeśli myśleć o niej w kategoriach krótkiego czasu, pół roku lub roku (a tak krótki horyzont przyjmuje niestety duża część inwestorów-amatorów), to pewnie warto poczekać na nieuchronne - jak mi się wydaje - spadki. Patrząc w długiej, kilkuletniej perspektywie, moment wejścia na rynek nie ma już tak wielkiego znaczenia. Zwłaszcza jeśli celujemy w karierę rentiera za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Jeśli mamy mieć kolejną hossę, to już za pięć-siedem lat giełdowe indeksy powinny być dużo wyżej, niż teraz. A to, czy dziś kupimy akcje 20 proc. taniej, czy drożej - będzie miało niewielkie znaczenie dla ostatecznego zysku. Jedyne, czego się można obawiać, to ryzyko przedłużenia konsolidacji. Jeśli będziemy mieli kolejną falę kryzysu, to WIG20 jeszcze przez dwa lata może się bujać między 1700 a 2300 pkt. Dla funduszy akcji, a przede wszystkim pieniędzy klientów tych funduszy, byłaby to bardzo męcząca huśtawka, w której zysk zależałby właśnie od momentu wejścia na rynek. |

